Szlak Olgi Tokarczuk: Kotlina Kłodzka

wróć


 

Łukasz Plata: Kotlina Kłodzka śladami Olgi Tokarczuk


 

W latach dziewięćdziesiątych Olga Tokarczuk zamieszkała w Kotlinie Kłodzkiej, w okolicach Nowej Rudy, i od tamtej pory wątki regionalne zaczęły przenikać do jej powieści i krótszych tekstów. Począwszy od “Domu dziennego, domu nocnego” przez “Grę na wielu bębenkach”, po “Prowadź swój pług przez kości umarłych”, pisarka powraca do fenomenu pogranicza kulturowego Sudetów Środkowych, ich złożonej wielonarodowej historii oraz piękna górskich pejzaży. Można zaryzykować stwierdzenie, że Dolny Śląsk w ogóle, a jego południowa część w szczególności, stanowi dla autorki model uniwersum, tak jak stanowi go opisywana przez nią szopka wambierzycka czy bardzka. Sposób widzenia lokalności przez Tokarczuk eksponuje wiarę autorki w istnienie sekretnych połączeń między ludźmi a przestrzeniami przez nich zajmowanymi. Te połączenia mogą sięgać bardzo głęboko, tak jak wgląd autorki w heretycką historię chrześcijaństwa ziemi kłodzkiej, mogą też rozciągać się horyzontalnie i meandrować linią wyznaczoną przez krajobraz. Tak czy siak, połączenia te autorka - w charakterystyczny dla siebie sposób – pokazuje w ciągłym ruchu, w nieustannym przemieszczeniu. W pewnym sensie tworzą one sieć szlaków, których część staramy się przestawić tu w skrótowej wersji. Szlak można potraktować literalnie, jako zaproszenie do fizycznej podróży, którą można jednak odbyć także bez ruszania się z miejsca. Korzystając z zaproszenia i jednocześnie przestrogi autorki:

 

W podróżach trzeba zajmować się sobą żeby dać sobie radę, patrzeć na siebie i na to, jak pasuje się do świata. Jest się skupionym na sobie, myśli się o sobie, sobą opiekuje. W podróżach zawsze w końcu natyka się na siebie, jakby się samemu było ich celem. We własnym domu po prostu się jest, nie trzeba z niczym walczyć ani niczego zdobywać. Nie trzeba pilnować połączeń kolejowych, rozkładów jazdy, nie trzeba zachwytów i rozczarowań. Można siebie samego zawiesić na kołku, a wtedy widzi się najwięcej”

[“Dom dzienny, dom nocny”]

 

Il. Gosia Kulik


 

Szlak opisujemy w trzech wariantach czasowo-kilometrażowych, oznaczając je takimi kolorami:

- zielonym (trasa kolejowa);

- czerwonym (samochodowa);

- niebieskim (trasa fakultatywna, samochodowa, zawierająca również oddalone punkty, dla odbiorców szukających totalnego kontaktu z literaturą Olgi Tokarczuk w wymiarze lokalnym).

Bazowo opisujemy szlak zielony.

 



 

Szlak zielony (kolejowy)

Trasa wiedzie przez:

- Wałbrzych Fabryczny;

- Wałbrzych Główny;

- Nową Rudę [która jest w zasadzie osobnym szlakiem w szlaku];

 


 

Zaczynamy na stacji Wałbrzych Fabryczny. Przyglądamy się starej kopalni, dostrzegając budynki i dawny szyb.

 

Dawna Kopalnia Węgla Kamiennego Bolesław Chrobry (ul. Beethovena)

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

“(...) Jego ojciec był inżynierem górnictwa. Został po wojnie oddelegowany jako specjalista do uruchomienia poniemieckiej kopalni węgla w Waldenburgu, który potem stał się Wałbrzychem. Od razu jego współpracownikiem został pewien starszy Niemiec, dyrektor techniczny kopalni, któremu nie pozwolono wyjechać, dopóki maszyny nie zaczną pracować. Miasto było wtedy zupełnie opustoszałe, pociągi codziennie dowoziły nowych robotników, ale oni osiedlali się w jednym miejscu, w jednej dzielnicy, jakby ogrom pustego miasta ich przerażał. Niemiecki dyrektor starał się jak mógł, żeby możliwie najszybciej zrobić, co do niego należało, i w końcu wyjechać do jakiejś Szwabii czy Hesji. Zapraszał więc ojca Matogi do siebie na obiady i szybko się okazało, że inżynierowi wpadła w oko przystojna córka dyrektora. Właściwie było to najlepsze rozwiązanie – żeby młodzi się pobrali. I dla kopalni, i dla dyrektora, i dla władzy ludowej, która miała teraz córkę Niemca jako swego rodzaju zakładniczkę. Ale w małżeństwie od początku nie układało im się najlepiej. Ojciec Matogi dużo czasu spędzał w pracy, często zjeżdżał na dół, bo była to bardzo trudna i wymagająca kopalnia, antracyt wydobywano z ogromnych głębokości. W końcu lepiej się czuł pod ziemią niż na powierzchni, choć trudno to sobie wyobrazić. Gdy wszystko przebiegło pomyślnie i kopalnia ruszyła, urodziło im się pierwsze dziecko(...)”. (Olga Tokarczuk, „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009)

Post udostępniony przez dolnoslaskie-szlaki (@dolnoslaskieszlaki) Paź 15, 2020 o 2:07 PDT

Uruchomiona pod koniec XIX wieku przez panującą na pobliskim zamku Książ rodzinę Hochbergów, od 1876 roku w wyniku połączenia kilku innych kopalń funkcjonowała jako Fürstensteiner Gruben; jeszcze za czasów niemieckich było to największe tego typu przedsiębiorstwo w Wałbrzychu. Przez dwadzieścia lat po wojnie kopalnia działała pod nazwą Chrobry, w 1964 roku została połączona z kopalnią Mieszko pod wspólną nazwą Wałbrzych.

Wsiadamy do pociągu. Pociąg Kolei Dolnośląskich zawozi nas na stację Wałbrzych Główny w 12 minut.


 

Wałbrzych Główny

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Wałbrzych Główny „Człowiek, który codziennie widzi koniec świata, żyje spokojnie. Od czasu do czasu jedzie do Krakowa po książki, patrzy przez okna pociągu na mijane krajobrazy, głównie Górny Śląsk z jego świątyniami przemysłu, potem pola na Opolszczyźnie ciągnące się po horyzonty, równo zasiane rzepakiem, który co roku zakwita dziesiątego maja. W brezentowym plecaku wiezie wszelkie apokalipsy przepisywane setki razy na maszynie (ostatnie kopie są prawie nieczytelne, ale wciąż tkwi w nich podniosły nastrój), wypowiedzi duchów na temat upadku cywilizacji, objawienia Matki Boskiej, zawiłe poezje Nostradamusa. Nagle kończą się równiny i zaczynają góry. Pociąg wjeżdża w świerkowe lasy, pcha się kamiennymi wąwozami, kluczy w dolinach, aż nagle znajduje się w samym środku Wałbrzycha. Ludzie wysiadają na Dworcu Mieście, lecz Lew jedzie dalej, na Główny, bo tam ma przesiadkę do Kłodzka. Wałbrzych Główny to wyludniony ciemny dworzec z jednym kioskiem, gdzie górnicy z nocnej zmiany kupują papierosy i prezerwatywy. W barze sprzedają pierogi polanę słoniną i cienką herbatę, z trudem zaparzoną w podstygniętej wodzie”. (Olga Tokarczuk, "Dom dzienny, dom nocny", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020)

Post udostępniony przez dolnoslaskie-szlaki (@dolnoslaskieszlaki) Paź 15, 2020 o 2:13 PDT

Wałbrzych-Kłodzko, pociąg

 

Pociąg do Kłodzka przez Nową Rudę najczęściej bywa pusty. Lew zajmuje miejsce na piętrze, żeby lepiej widzieć. Jest to bowiem najpiękniejsza trasa, jaką kiedykolwiek przemierzał pociąg. Prowadzi wysokimi wiaduktami przez rozległe doliny, po zboczach gór, nad wsiami i strumieniami. Z każdym zakrętem otwierają się nowe widoki, które zapierają dech. Lekkie linie gór, jedwabne niebo, smugi zieleni. Dołem, drogą idą ludzie, poganiają krowy, biegną psy, jakiś chłop wybucha nagle śmiechem, dzwonią dzwonki na szyjach owiec, swędzi skóra, wyżej idzie człowiek z plecakiem, macha ręką dym z kominów sunie w niebo, ptaki lecą obojętnie na zachód. W takim pociągu nie da się czytać. Trzeba patrzeć”.

(Olga Tokarczuk, "Dom dzienny, dom nocny", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020)

 

Jazda pociągiem Kolei Dolnośląskich z Wałbrzycha do Nowej Rudy zajmuje ok. 43 minuty; po kolejnych 23 minutach wysiadamy w Kłodzku. Własnym autem, jadąc drogą 381, pokonamy ten dystans w podobnym czasie.

 

 

Nowa Ruda, dworzec PKP  (ul. Kolejowa)

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

„Czas wtedy miał ruchliwą naturę rtęci. Codziennie przyjeżdżali do miasta obcy i zaraz kierowano ich do opuszczonych mieszkań. Miasto nie mogło istnieć niezamieszkane. Praca czekała na każdego, kto tylko chciał pracować. Szkoły potrzebowały nauczycieli, sklepy – ekspedientów, kopalnie błagały o górników, ratusz o urzędników. Powstał Blachobyt, przedsiębiorstwo pełne hal magazynowych, bocznic kolejowych, budynków, domów przy rynku, fabryk części do maszyn i tkalni lnu. Więc codziennie pociąg wypuszczał z siebie wymiętych podróżą osadników, którzy zapełniali poczekalnie w urzędzie, potem z papierami w ręku szli na kwatery. Trudno się było w nich rozeznać, zwłaszcza że mówili różnymi odmianami polskiego – albo z poznańskim pochyłym zaśpiewem, albo z góralskim przydechem, który jej wydawał się taki wulgarny, albo z zabuską melodią która jemu na zawsze już kojarzyła się z dzieciństwem”. (Olga Tokarczuk, "Dom dzienny, dom nocny", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020)

Post udostępniony przez dolnoslaskie-szlaki (@dolnoslaskieszlaki) Paź 26, 2020 o 6:01 PDT

Budynek dworca PKP, wzniesiony w 1903 roku, znajduje się przy ulicy Kolejowej, w odległości ok. 500 m od Rynku i również 500 m od restauracji “Rycerskiej” – wyobraźmy sobie różnobarwny powojenny tłum, z lękiem, ale i entuzjazmem przybywający z różnych stron do Nowej Rudy, aby zacząć nowe życie. Obecność restauracji stanowiła wówczas zapewne wielkie pokrzepienie dla nowych noworudzian.


 

Nowa Ruda, “Rycerska” (ul. Strzelecka 2a)

 

"Dom był cichy, chłodny, ciemny. Biuro jasne, zawsze przegrzane i pełne ludzi. On w biurze tryskał energią mówił szybko i głośno, chodził sprężystym krokiem i wiedział, czego chce. W domu czas spowalniał, a więc wszystko razem z nim. W domu brzuch mu opadał, stopy marzły, a głos zamierał: nie było z kim rozmawiać, wydawać poleceń, stare meble znały całą prawdę. Granica między domem a biurem biegła gdzieś na rynku, po liniach między kamiennymi płytami, i codziennie musiał ją przekraczać dwa razy. To codzienne przekraczanie granicy stało się jakieś bolesne, więc ostatnio oddalał ten moment i szedł do restauracji na wódkę. Najpierw chciał wejść do „Lido”, ta knajpa była mu bardziej po drodze, ale uznał, że nie byłby w porządku wobec samego siebie, gdyby siadł przy laminowanym, wiecznie wilgotnym blacie, wśród niedomytych mężczyzn z przedmieść, i wdychał wyziewy piwa i tanich papierosów. Zachodził więc do „Basztowej”, zwykle jeszcze pustej o tej porze, gdzie znała go podstarzała kelnerka i bez zamawiania stawiała mu kieliszek wódki i śledzia w śmietanie. Tam siedział i patrzył przez oszkloną witrynę na ospałą, małomiasteczkową ulicę".  

(Olga Tokarczuk, „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009)

 

Mąż uciekający od żony, wypatrujący wśród przechodniów kochanki, której nieobecność nie daje mu spokoju. Uspokajający się kieliszkiem wódki, albo dwoma. W Nowej Rudzie nie ma restauracji “Basztowej”, biorąc jednak pod uwagę bliskość nazw oraz położenie, załóżmy, że autorka miała na myśli “Rycerską”. Restauracja znajduje się jakieś 300 m na południe od Rynku w budynku Miejskiego Ośrodka Kultury, idąc ul. Armii Krajowej, która przechodzi w pewnym momencie w Strzelecką.


 

Nowa Ruda, Rynek

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

„Miasto fryzjerów, sklepów z używaną odzieżą mężczyzn o powiekach wymalowanych węglowym pyłem. Miasto w dolinach, na zboczach i na szczytach. Miasto mostków przerzuconych niedbale nad rzeczką która zjawia się i znika, zawsze w innym, coraz modniejszym kolorze; miasto świętych Nepomucenów, oszukanych perfum, barów mlecznych, tandetnych towarów z pieczołowitością wystawianych na sklepowe półki; miasto śladów wilgoci na tynkach domów, okien, z których widać tylko nogi przechodniów, podwórek-labiryntów, miasto docelowe i miasto-przesiadka-w-podróży; miasto pielgrzymujących psów, tajemnych przejść, ślepych ulic, tajemniczych symboli nad drzwiami wejściowymi domów; miasto budynków z czerwonej cegły, eliptycznych rond, krzywych skrzyżowań, objazdów, które prowadzą do centrum, rynków, które są na peryferiach, schodów, których początek i koniec tkwią na tym samym poziomie, zakrętów prostujących drogi, rozwidleń, z których lewe wiedzie na prawo, a prawe na lewo. Miasto najkrótszego lata, śniegu, nigdy nie stopionego do końca. Miasto wieczorów, które nagle nadciągają zza gór i opadają na domy jak monstrualna siatka na motyle. Miasto wodnistych lodów, sklepików, gdzie sprzedaje się krowie kości, i urzędniczek z jaskrawym makijażem. Miasto śniące, że leży w Pirenejach, że nie zachodzi nad nim nigdy słońce, że ci wszyscy, którzy wyjechali, jeszcze kiedyś wrócą, że podziemne, poniemieckie tunele prowadzą do Pragi, Wrocławia i Drezna. Miasto-okruch. Miasto śląskie, pruskie, czeskie, austro-węgierskie i polskie. Miasto-peryferie. Miasto ludzi, którzy myślą wzajemnie o sobie po imieniu, ale zwracają się do siebie „pan” i „pani”. Miasto opustoszałych sobót i niedziel. Miasto dryfowania czasu, spóźnionych wieści, mylących nazw. Nie ma w nim nic nowego, a gdyby tylko się pojawiło, zaraz ściemnieje, pokryje się nalotem, zbutwieje i stanie bez ruchu na granicy istnienia”. (Olga Tokarczuk, "Dom dzienny, dom nocny", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020)

Post udostępniony przez dolnoslaskie-szlaki (@dolnoslaskieszlaki) Paź 26, 2020 o 6:10 PDT

Rynek w aktualnym kształcie architektonicznym został wzniesiony po 1884 roku, kiedy to jego pierwotną zabudowę, głównie dwukondygnacyjne domy drewniano-murowane, strawił wielki pożar. Podczas odbudowy zachowano układ urbanistyczny, zatem odzwierciedla on pierwotny plan Rynku, wytyczony w 1442 roku.

 

 

Nowa Ruda, Bank Spółdzielczy

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

„W swoim domu Krysia była wystarczająco ważna, zarabiała przecież pieniądze, robiła zakupy, które dźwigała w uszytych przez matkę torbach. Miała swój pokój na poddaszu, z wersalką i szafą na ubrania, ale dopiero w banku stawała się kimś. Tu było jej biuro, oddzielone od sali interesantów przepierzeniem ze sklejki, tak cienkiej jak tektura. Siedząc przy swoim biurku, słyszała więc bankowy gwar – skrzypienie drzwi, szuranie ciężkich chłopskich butów po drewnianej podłodze, szmer przyciszonych, wiecznie plotkujących kobiecych głosów i stukanie dwóch ostatnich liczydeł, których kierownictwo nie zdążyło jeszcze wymienić na bardziej nowoczesne terkoczące maszyny z korbką. Około dziesiątej zaczynał się codzienny rytuał picia kawy. Brzęczały aluminiowe łyżeczki i denka szklanek uderzały delikatnie o spodki, te biurowe dzwonki. Zmielona, cenna kawa, przynoszona z domu w słoikach po dżemach, obdzielała sprawiedliwie szklanki, wrzątek tworzył na jej powierzchni gruby brunatny kożuszek, który zatrzymywał na chwilę wodospady cukru. Zapach kawy wypełniał po sufit Bank Spółdzielczy w Nowej Rudzie, a chłopi, którzy akurat teraz stawali w kolejce, pluli sobie w brody, że trafili akurat w ten kawowy święty czas”. (Olga Tokarczuk, "Dom dzienny, dom nocny", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020)

Post udostępniony przez dolnoslaskie-szlaki (@dolnoslaskieszlaki) Paź 26, 2020 o 6:04 PDT

Bank znajduje się pod adresem Rynek 14; zapach bankowej kawy roznosił się więc po całym Rynku, mijając po drodze odzież używaną, kosmetyki chemię, oplatając Ratusz i rywalizując z zapachami dobywającymi się z barów mlecznych “Kolorowa” i “Popularny” oraz z restauracji "Kameralnej".


 

Nowa Ruda, odzież używana

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

„[Ś]niło mi się, że Marta miała na plecach zawiązki błoniastych skrzydeł. Zsunęła bluzkę z ramion i pokazała mi je. Były małe, przyrośnięte jeszcze do skóry, pomięte jak skrzydła motyla; delikatnie pulsowały. „Więc to tak”, powiedziałam, bo byłam przekonana, że te skrzydła wszystko wyjaśniają. Ten sen przypomniał mi się, gdy pojechałyśmy obie do lumpeksu w Nowej Rudzie i Marta mierzyła sweter, dokładnie taki sam, jaki już miała – szary, rozpinany z przodu, z powyciąganymi dziurkami od guzików. Stała przed lustrem, a ja chciałam coś poprawić i dotknęłam jej ramienia. Ten dotyk otworzył sen. Cały sen mieścił się w jednym dotknięciu, przeleciał przeze mnie, zawibrował. Marta wciągnęła swoje i tak zapadłe policzki i krygowała się przed lustrem, miała teraz w sobie coś z dziewczynki, z nastolatki. Patrzyłam w łagodną krzywiznę jej pleców”. (Olga Tokarczuk, "Dom dzienny, dom nocny", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020)

Post udostępniony przez dolnoslaskie-szlaki (@dolnoslaskieszlaki) Paź 26, 2020 o 6:08 PDT

Sklep z odzieżą używaną również mieści się na noworudzkim Rynku. Pisarka opisała to miejsce dwukrotnie, w powieści “Dom dzienny, dom nocny” oraz w “Prowadź swój pług przez kości umarłych”.

 

 

Nowa Ruda, Dobra Nowina

 

Kawiarnia mieści się pod adresem Rynek 7.

 

 

Nowa Ruda, biblioteka

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

„Marek Marek był pierwszą i jedyną osobą z osady, która zapisała się do gromadzkiej biblioteki w Nowej Rudzie. Potem chował się przed ojcem z książką miał przez to dużo czasu na czytanie. Biblioteka w Nowej Rudzie mieściła się w budynku dawnego browaru i wciąż wszystko pachniało tu chmielem i piwem, ściany, podłogi i stropy były przesiąknięte tym kwaśnym zapachem. Nawet kartki książek cuchnęły, jakby rozlano na nie piwo. Marek Marek polubił ten zapach. Upił się pierwszy raz w życiu, gdy miał piętnaście lat. Było mu dobrze; zupełnie zapomniał o mroku, nie widział już różnicy między jasnym a ciemnym”. (Olga Tokarczuk, "Dom dzienny, dom nocny", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020)

Post udostępniony przez dolnoslaskie-szlaki (@dolnoslaskieszlaki) Paź 26, 2020 o 6:12 PDT

Neogotycki budynek browaru wybudowano w Nowej Rudzie w 1849 roku, na polach słodowych zaopatrujących poprzedni, przestarzały browar (przy ul. Kościelnej). Pod koniec XIX wieku kompleks rozbudowano do dzisiejszych rozmiarów, a parę lat później przy browarze otwarto lokal z wyszynkiem. Jeszcze w 70. latach mieszkańcy mogli się cieszyć smakiem niepasteryzowanego Piwa noworudzkiego. Biblioteka mieści się w budynku od lat 90.

Ul. Bohaterów Getta, ok. 100 m na południowy-wschód od Ratusza.

 

 

Nowa Ruda, prorok na skrzyżowaniu Piastów i Podjazdowej

 

Lew zaczął pisać książkę. Dał jej tytuł, zaczął od tytułu: Koniec musi nadejść. Była o końcu świata. Robił w niej głęboką analizę nieba. Świat zacznie się kończyć 2 kwietnia 1995 roku, kiedy Uran wejdzie w Wodnika, a skończy się raz na zawsze w sierpniu 1999 roku, gdy Słońce, Mars, Saturn i Uran utworzą na niebie wielki krzyż. A pisał tę książkę w 1980 roku, zimą kiedy nic jeszcze na pewno nie było wiadomo, ale kiedy zaczęły się strajki, a we Wrocławiu strajkujące tramwaje ustawiały się w wielki krzyż, ogromny na całe miasto, Lew uznał, że może pomylił się w swych czujnych obserwacjach, w odczytywaniu maleńkich cyferek w efemerydach i koniec świata nastąpi szybciej. I właściwie nie mógł się go już doczekać. (...)

Na lato 1993 roku przewidział potop. Stopią się nagle lody na północy i woda w oceanach podniesie się. Holandia zniknie pod wodą. To samo stanie się z Żuławami. Może nawet być jeszcze gorzej – na powierzchni zostaną tylko pogórza i góry. Nowa Ruda ocaleje, jako że leży wyżej. Potem wybuchnie wojna na Bliskim Wschodzie, która w ciągu roku zamieni się w wojnę światową. Przez podmokłe niziny będą znowu ciągnąć wojska. Katedra we Wrocławiu stanie się meczetem. Potem, na początku 1994, niebo będzie ciemne przez kilka dni od wybuchów nuklearnych. Ludzie zaczną chorować. Chwała Bogu, że nic nie stanie się Nowej Rudzie. (...)

Płacz, mówił do siebie, bo wydawało mu się to właściwe, choć naprawdę nie czuł smutku. I czasem to mu się udawało. Stawał na skrzyżowaniu ulicy Piastów i Podjazdowej, no i płakał, a pokraczne samochody przejeżdżały przez niego i nie były w stanie zrobić mu żadnej krzywdy”.

(Olga Tokarczuk, "Dom dzienny, dom nocny", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020)

 

Chwilę po tym, jak ulica Podjazdowa wychodzi z Rynku, ukazuje się nad nią kamienny Most Zamkowy, jeden z najstarszych na Dolnym Śląsku (1626). Most umożliwia skrzyżowanie ul. Podjazdowej i Piłsudskiego na różnych poziomach miasta, wytwarzając jeden z ładniejszych widoków miasta.
 
 

Nowa Ruda - okolice, przystanek autobusowy “Szpital”

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

„Codziennie dojeżdżała nim do pracy. Od momentu, w którym zabierał ją z przystanku, aż do tego, gdy stawała przed masywnymi drzwiami banku, mijało dwadzieścia minut. Przez tych dwadzieścia minut świat zmieniał się nie do poznania. Las stawał się domami, połoniny placami, łąki ulicami, a strumień – rzeczką która codziennie była innego koloru, ponieważ miała nieszczęście płynąć koło hal włókienniczych Blachobytu. Krysia jeszcze w autobusie zmieniała gumowce (mówiła na nie wellingtony) i wkładała pantofle. Obcasy stukały na szerokich poniemieckich stopniach budynku”. (Olga Tokarczuk, "Dom dzienny, dom nocny", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020)

Post udostępniony przez dolnoslaskie-szlaki (@dolnoslaskieszlaki) Paź 26, 2020 o 5:37 PDT

Przystanek “Szpital” zabiera i oddaje codziennie ludzi dojeżdżających do pracy z okolicznych wsi, takich jak Jugów czy Przygórze. Mieści się przy ulicy Piłsudskiego 16, obok dawnego szpitala miejskiego, nazywanego Spalonym, z uwagi na pożary, które go zniszczyły.


 

Nowa Ruda, zielony rynek

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

„Za domem Marta hodowała rabarbar. (...) Za dnia ustalały się grządki. Marta patrzyła na nie z rumieńcem na twarzy – to tak jakby wstawało uśpione wojsko, jakby spod ziemi rośli żołnierze ustawieni w bojowe szeregi. (…) W maju Marta ścinała ostrym nożem swoich żołnierzy, tak jakby mówiła do nich „spocznij”. Pewnie widzieli ją z dołu, wielką i potężną babę z nożem w ręku. Zgrzyt noża w poprzek jędrnych łodyg, kwaśny sok na stalowym ostrzu. Równe pęczki niosła Marta na zielony rynek w Nowej Rudzie i tam sprzedawała na pierwszy wiosenny kompot albo wytęsknione przez zimę drożdżowe placki z rabarbarem”. (Olga Tokarczuk, "Dom dzienny, dom nocny", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020)

Post udostępniony przez dolnoslaskie-szlaki (@dolnoslaskieszlaki) Paź 26, 2020 o 5:44 PDT

Przez lata mieścił się przy ul. Cmentarnej, obok cmentarza, w starych budach, w których można było kupić wszystko, nie tylko warzywa i owoce. Dzisiejsi dorośli pamiętają z dzieciństwa Rosjankę (tak ją nazywano), która tam sprzedawała – jej stragan był obiektem westchnień, ponieważ było na nim mnóstwo gier telewizyjnych.

Ul. Przechodnią dochodzimy do Nadrzecznej, przekraczamy rzeczkę Włodzicę i mijamy Kościół Wniebowzięcia Marii Panny. Stoimy przed Cmentarzem, gdzie kiedyś mieścił się stragan. Dochodzimy tu w ok. 3 minut.


 

Nowa Ruda, szpital

 

"Muchomor wiosenny, brat albinos muchomora sromotnikowego, samotnik grubą nogą wrośnięty w poszycie, łąkowa buława śmierci. Pachnie słodko: obserwuje pieczarkowe stada z daleka. Wilk w owczej skórze. Jego drobno posiekane piękne ciało także znalazło się w garnku. Cechy szczególne zniknęły w śmietanie. Żona Franza Frosta nakryła do stołu i podała kaszę z grzybami. Dziecko nie chciało jeść, więc musiała je karmić. Mówiła: za tatę na wojnie, za sąsiadkę perukarkę, za ulubionego psa, za ludzi we wsi, za księdza w Kónigswaldzie, za małe kotki, które się właśnie urodziły w stodole, za cały świat, żeby nie popadł w szaleństwo. Usta dziecka otwierały się niechętnie.
W nocy zaczęło wymiotować. Rano przerażona Frostowa zaniosła je na rękach do wsi, skąd ludzie z pałacu zawieźli je samochodem do szpitala w Neurode. Tam płukali mu żołądek, ale niewiele to wszystko pomogło. Dziecko zmarło piątego dnia. Telegramy szukały Franza Frosta na frontach wojennych, ale go nie znalazły".

(Olga Tokarczuk, "Dom dzienny, dom nocny", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020)

 

Pierwszy szpital wzniesiony w Nowej Rudzie (ul. Szpitalna 2), a zarazem jedyny funkcjonujący do dziś, powstał jako szpital górniczy. W czasach opisanych tu wydarzeń był całkiem nowy, wzniesiono go bowiem w 1911 roku. Od cmentarza dochodzimy tu ulicą Kościuszki (skręcamy w prawo), która następnie przechodzi w Szpitalną. Ok. 7 minut piechotą – i ok. 1 minuty jazdy autem.



 

Nowa Ruda, kopalnia

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

"Ten człowiek miał na imię pięknie i egzotycznie – Lew. I tak też wyglądał, jak lew. Zapuścił sobie długie włosy i brodę, które mu zsiwiały w czasie jednej ostrej zimy, nie wiadomo dlaczego. Tak, jasnowidz Lew żył z renty, bo trudno w to uwierzyć, ale miał kiedyś, jako młody człowiek, wypadek w kopalni i dwa dni leżał zasypany na głębokości prawie stu metrów, w gorącej, czarnej węglowej niszy, jak w brzuchu matki, cały czas boleśnie przytomny, z jasnym umysłem, który świecił mu wokół głowy fosforyzującą aureolą. Był pewien, że umrze, ale nie umarł. Wyciągnęli go ratownicy, był potem długo w szpitalu. Po wszystkim zajął się samym życiem, czyli czytaniem książek od rana do wieczora". (Olga Tokarczuk, "Dom dzienny, dom nocny", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020)

Post udostępniony przez dolnoslaskie-szlaki (@dolnoslaskieszlaki) Paź 15, 2020 o 2:18 PDT

Nowa Ruda przez kilkaset lat była jednym z lokalnych centrów wydobycia węgla kamiennego. Tradycje górnicze sięgają tu XV wieku, co stanowi najstarszy ślad istnienia tego przemysłu na dzisiejszych ziemiach polskich. Dawna Kopalnia Nowa Ruda dokumentuje tę przeszłość – a o czasu do czasu temat wznowienia wydobycia wraca na agendę publiczną. Położenie geologiczne Nowej Rudy w dolinach między Wzgórzami Włodzickimi czyni z niej jednak jedno z najbardziej zanieczyszczonych smogiem miast Polski – i to bez wydobycia i przetwórstwa węgla.

Dawna Kopalnia Nowa Ruda, czyli muzeum lokalnego górnictwa, znajduje się przy ulicy Obozowej 4.

 

 

 

 

Łukasz Plata​

 

 

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach Programu Kultura w sieci.